Non, rien de rien-  Nie, absolutnie nic… Non, je ne regrette rien –  Nie, nie żałuję niczego

– Edith Piaf

Pytanie, jak żyć, żeby niczego nie żałować, powraca. Powraca często, w momentach zmian, w momentach przełomowych, a niekiedy w tych najmniej oczekiwanych.

To jest również jedno z moich podstawowych pytań, które zawsze zadaję sobie przed podjęciem ważnej dla siebie decyzji. W którą stronę pójść, aby nie wpakować się gdzieś na manowce. A to, patrząc chociażby na mój życiorys zawodowy, nie raz mi się udało.

Kilka lat temu wpadła mi w ręce bestsellerowa książka Stephena Levina “Gdybyś miał przed sobą rok życia. Eksperyment na świadomości”. Zachęcona pozytywnymi recenzjami, zatopiłam się w lekturze i od razu, prawie na samym początku, nastąpiło zderzenie z bardzo bardzo mocnym komunikatem. Levin pisze, że niektórzy dopiero na łożu śmierci, robiąc podsumowanie życia, które jeszcze jest, ale którego za chwilę nie będzie, uświadamiają sobie, że przegrali dany im czas. Żyli nie swoim życiem, nie zbudowali bliskich relacji z innymi, wielu z tych, których nazywali przyjaciółmi, nimi po prostu nie byli, a gdzieś w międzyczasie odłożyli na później swoje pasje i marzenia. Tylko to później przyszło nieoczekiwanie szybko, a bilans stał się trudny do udźwignięcia. Wnioski przedstawione przez Levina cały czas kołatały mi się gdzieś z tyłu głowy.

Rok temu powróciły z podwójną siłą. Podczas studiów podyplomowych z jobcoachingu mieliśmy cudowne wykłady z prof. Brzezińską. Dotyczyły rozwoju człowieka. Profesor zapytała nas, czy wiemy, czego ludzie najbardziej żałują umierając. I znów padła ta sama odpowiedź – że żyli spełniając oczekiwania innych, a swoje marzenia gdzieś po drodze porzucili. Że nie będą nigdy jak Grek Zorba mówiący: “jaka piękna katastrofa” – piękna, bo prawdziwie JEGO. Bo zdarzyła się w JEGO prawdziwym życiu, w którym “jeśli cierpi, pozwala płynąć szczerym gorącym łzom, a jeśli jest szczęśliwy, to odczuwa radość nie wyrozumowaną, nie przesianą przez gęsty metafizyczny przetak”.

Słowa profesor Brzezińskiej potwierdzają badania przeprowadzone przez Bronnie Ware, pielęgniarkę, która przez wiele lat pracowała na oddziale opieki paliatywnej. Ware zauważyła, że w wypowiedziach odchodzących pacjentów powracają te same obszary, powiązane zawsze z jakością życia, a nie ze stanem posiadania. Pacjenci żałowali przede wszystkim, że nie znaleźli w sobie dość odwagi, żeby żyć prawdziwym życiem, nie takim, jakim oczekiwali od nich tego inni- rodzina, przyjaciele, społeczeństwo, kościół. Świadomość tego, że własne wybory życiowe, tkwienie w tak ładniej nazwanej strefie komfortu, przyczyniły się ostatecznie do pozostawienia gdzieś po drodze siebie, swoich marzeń i pasji, była chyba najbardziej przytłaczająca dla większości umierających. Grek Zorba znów powraca… Niemal wszyscy mężczyźni (!) żałowali też, że większość swojego życia poświęcili pracy, tracąc przy tym dzieciństwo swoich dzieci i prawdziwą bliskość z partnerką. Zupełnie tak, jak mawiał S.R. Covey: “nie spotkałem nikogo, kto żałowałby na łożu śmierci, że spędzał zbyt mało czasu w biurze”. Brutalne, ale mocno prawdziwe. A gdyby dane byłoby pacjentom Bronnie Ware przeżyć swoje życie raz jeszcze, to co by w nim zmienili? Większość chciałby mieć zdecydowanie więcej odwagi w okazywaniu prawdziwych uczuć, i to zarówno tych pięknych, jak i tych, które bywają społecznie nieakceptowane. Tłumienie złości, gniewu, żalu, powściągliwa uprzejmość w relacji z innymi obracała się często przeciwko im samym, manifestując się bądź w postaci chorób psychosomatycznych bądź nieprawdziwych, powierzchownych relacji. Kolejną rzeczą, z którą borykali się niemal wszyscy opisywani przez Ware pacjenci, była świadomość, że nie pielęgnowali bliskich związków z innymi, nie poświęcili im wystarczająco dużo czasu ani uwagi. W ostatnich tygodniach życia jedyne co pozostawało, to miłość i przyjaźń, wszystko inne straciło na wartości. Jednak najbardziej, przynajmniej dla mnie, zaskakującą rzeczą jest stwierdzenie wymieniane przez Ware jako piąte: żałuję, że sam sobie nie pozwoliłem być bardziej szczęśliwy. Tak jakby dopiero koniec życia był czasem na uświadomienie sobie, że szczęście jest wyborem, a nie przychodzi z zewnątrz.

Bardzo dobrze oddaje to Joanna Racewicz, wdowa po Janosiku, w wywiadzie udzielonym Gali: “Nie zawsze umiałam cieszyć się drobiazgami i nie zawsze potrafiłam odróżniać je od rzeczy ważnych. Trzeba było trzęsienia ziemi, żeby wszystko się przewartościowało, żebym usłyszała, a nie tylko słyszała.” Wniosek z badań Bronnie Ware nasuwa się sam. Wir pracy, nawykowe działanie, brak czasu na prawdziwie bliskie relacje z rodziną i przyjaciółmi, odgrywanie narzuconych ról przed samym sobą i przed innymi składa się na życie nieświadome, powierzchowne, w takt opinii innych. Gdy dobiega ono końca, jego podsumowanie jest trudnym i bolesnym doświadczeniem.

Elisabeth Kuebler-Ross w swoim przesłaniu kończącym “Koło życia” pisze: “to bardzo ważne, abyście robili tylko to, co naprawdę lubicie. Nawet jeśli jesteście biedni, głodni, mieszkacie w nędznym mieszkaniu, żyjcie pełnią życia. A wówczas u kresu waszych dni będziecie błogosławić wasze życie, ponieważ zrobiliście to, co mieliście do zrobienia na tym świecie.”

Podpisuję się pod tym obydwoma rękami. I tak sobie myślę, że pomimo że najlepiej uczy się na własnych błędach, to akurat tutaj warto wyciągnąć wnioski dla siebie z doświadczeń innych. Na teraz. Na teraz, kiedy jest jeszcze szmat czasu do przeżycia. Życie jest wyborem. Dobrze, gdy jest on świadomy i uczciwy.

Artykuł bazuje na badaniach Bronnie Ware “Top 5 Regrets of the Dying”. cytat “Grek Zorba” Nikos Kazantzakis, tłum. Nikos Chadzinkolau