Jeżeli z lotu ptaka spojrzymy na nasze porażki w życiu zawodowym, można pokusić się o podzielenie ich na dwie główne kategorie: „drabina przystawiona do niewłaściwej ściany” i „drabina przystawiona do dobrej ściany, ale coś (pytanie: co?) nie wychodzi”. 

Najpierw przypatrzmy się tej pierwszej – podejmujemy nasze decyzje edukacyjne, potem zawodowe, niespecjalnie patrząc w siebie, w dużej niepewności i raczej idąc za tym, co zewnętrzne: pomysłami rodziców na nas, kolegami, którzy wybierają jakiś kierunek studiów, rynkiem pracy, który dobrze płaci w takich czy innych branżach. I jak to z decyzjami podejmowanymi na oślep – czasem mamy szczęście i robimy to, co rzeczywiście sprawia nam frajdę, a czasem nie. I teraz można by zastanowić się, co robić, kiedy jednak praca, którą wykonujemy, nie daje nam przyjemności, nie wykorzystuje naszych zasobów i możliwości, a my zostajemy z poczuciem, że się jakoś marnujemy. Tym, którzy chcą się tym tematem rzeczywiście zająć, gorąco polecam przeczytanie artykułu z mojego bloga dostępnego na www – „4 kroki do pracy marzeń”, w którym znajdziecie sporo cennych rad – od ćwiczeń do samodzielnego wykonania, po tytuł podręcznika poradnictwa zawodowego do przeczytania.

Inaczej jest jednak, kiedy wiemy, co chcemy robić, a pomimo to z jakiegoś powodu nam to nie wychodzi.Patrząc z perspektywy czasu, warto zastanowić się, co KONKRETNIE się nie powiodło, czyli wyjść z chmury pt. „nie wyszło” i określić wprost: „Mam problem z dotrzymywaniem terminów”. Pomocne bywa unikanie negatywnych generalizacji typu: „Jestem beznadziejny”, „Do niczego się nie nadaję”, które potrafią odebrać motywację do dalszego działania.

Po pierwsze: KONKRET. 

Jakie mamy myśli, przypuszczenia na temat tego, co mogło pójść nie tak? Jaka jest prawdziwa przyczyna naszej porażki? 

Jeżeli nie uda nam się postawić chociażby wstępnych hipotez, istnieje ryzyko, że porażkę utożsamimy z jakąś częścią naszej osobowości („Bo taka/taki już jestem”). Takie podejście jest o tyle niebezpieczne, że zaprzecza możliwej zmianie i zakłada bierność wobec doświadczanych trudności. 

Po drugie: warto znaleźć odpowiedź na pytanie, czy porażki układają się w jakiś powtarzający wzorzec w naszym życiu. Jak mawiał Freud, życie jest przymusem powtarzania; powtarzamy do momentu, w którym zrozumiemy. Często potykamy się o te same rzeczy, odtwarzając jedynie znane wzorce postępowania, choć wiemy, że nam nie służą. 

Na ostatni moment odkładamy przygotowanie prezentacji dla ważnego klienta, zaczynamy swój dzień od tzw. bieżączki, zamiast zająć się zadania, które są nie tylko pilne, lecz przede wszystkim ważne. Robimy kilka rzeczy na raz, choć powszechnie wiadomo, że wielozadaniowość niczemu nie służy, a już na pewno nie sprzyja efektywności, bo tracimy sporo czasu (od 20% do 40%) na zmianę kontekstu. Nie umiemy wyrazić swoich potrzeb i oczekiwań. Mamy kłopot w delegowaniu i egzekwowaniu zadań. Każdego z nas charakteryzuje jakiś motyw wiodący i 1–2 poboczne, więc im wcześniej je zidentyfikujemy, tym szybciej możemy zacząć pracę nad zmianą. 

Z mojego doświadczenia w pracy coachingowej z klientami wynika, że porażki w życiu zawodowym najczęściej wynikają z: niewłaściwego postawienia sobie celu, szybkiego zniechęcania się, nieumiejętnej komunikacji, braku asertywności oraz nieefektywnego zarządzania sobą w czasie. Każda z tych kwestii to temat jeśli nie na odrębny artykuł, to książkę, dlatego tylko je sygnalizuję.

Jedno jest pewne: z porażek uczymy się więcej niż z sukcesów. I, niestety, najwięcej uczymy się z własnych porażek. Ale uwaga, tylko pod pewnymi warunkami. Po pierwsze, jeśli jesteśmy wglądowi, czyli zastanawiamy się nad tym, o czym mówi porażka (patrz wyżej: możliwe przyczyny porażek) oraz po drugie, zgadzamy się wziąć za nią odpowiedzialność, czyli uznać swój udział w porażce. Bez wzięcia odpowiedzialności za porażkę (nie mylić z winą!) nie przepracujemy jej, niepowodzenia nadal będą nas spotykać, a my stwierdzimy: „Znowu to samo”.

Brian Tracy, znany amerykański coach, twierdzi, że „porażka jest niezbędna dla osiągnięcia sukcesu. Sam fakt, że spotyka cię niepowodzenie i uczysz się na jego podstawie, gwarantuje, że zbliżasz się do sukcesu”. Pozostańmy w duchu amerykańskim. Thomas Watson, jeden z założycieli IBM, uważał, że najszybszym sposobem na osiągnięcie sukcesu jest podwojenie tempa popełnianych pomyłek. Znana jest opowieść o tym, jak jeden z dyrektorów w jego firmie w wyniku błędu doprowadził do straty 12 mln dolarów. Był pewien, że zostanie zwolniony, tymczasem usłyszał od Watsona: „Oczywiście, że pana nie zwolnię. Właśnie zainwestowałem w pana 12 mln dolarów”. Watson rozumie porażkę jako niezbędny element rozwojowy w drodze do sukcesu; jako część procesu osiągania celu, w który wpisana jest porażka. Porażka dobrze przepracowana w nurcie lessons learned, a nie osądzania, zawstydzania i szukania winnych, jest elementem coraz szerzej ostatnio wykorzystywanej metodologii Agile, zgodnie z którą nie stygmatyzuje się porażek, lecz zakłada uczenie na błędach swoich i innych.