Kilka dni temu udało mi się odebrać mojemu młodszemu synkowi na krótką chwilę władzę nad pilotem i zamiast mini mini uruchomiłam telewizję śniadaniową. Najpierw jakieś trendy w modzie, wywiad z nieznaną mi zupełnie celebrytką, a potem rozmowa o kolejnej diecie cud.

5 dni w tygodniu jemy normalnie, przez kolejne 2 dni spożywamy zaledwie 500-600 kcal. Dobrze, że jakaś ogarnięta dietetyczka skomentowała odpowiednio to kuriozum reklamowane jako przepis na utratę wagi bez ciągłego odmawiania sobie. Niestety nie udało mi się zapamiętać jej nazwiska, ale przytomna pani na wizji przywołała podstawowe fakty: Polacy, pomimo tego, że już co druga osoba powyżej 60 roku życia jest otyła bądź cierpi na nadwagę, są niedożywieni. Brzmi bezsensownie? No właśnie nie, brzmi bardzo sensownie. Otyłość bierze się z niedożywienia – czytaj spożywania przede wszystkim produktów przetworzonych, ubogich w wartościowe składniki odżywcze, zapominania o śniadaniu, za to raczenia się obfitymi kolacjami oraz jedzenia dwóch, czasami trzech posiłków dziennie, zamiast przepisowych pięciu.

Nadwaga jest jedynie pochodną tego, co się dzieje w organizmie. Wg. Lidii Trawińskiej, dietetyka z Centrum Medycznego VIMED, ludzie otyli są zatruci. Komórki tłuszczowe stanowią najlepsze miejsce do przechowywania toksyn. Te z kolei odpowiadają za przewlekłe stany zapalne w organizmie. Warto tu mieć gdzieś z tyłu głowy fakt, że tyjemy latami, a wymagamy od siebie zgubienia zbędnych kilogramów w kilka tygodni – to nielogiczne. Chudnięcie, podobnie jak tycie, jest procesem. Tylko w ten sposób, przez trwałą zmianę nawyków żywieniowych, jest ono skuteczne. Od razu świta mi w głowie pytanie, czym się odżywiać, aby być szczupłym i zdrowym.

To może zaatakujmy ten problem z innej strony – czym się odżywiają społeczeństwa z najniższym wskaźnikiem chorób cywilizacyjnych? Na pewno nie białą mąką i cukrem, bo jak zaobserwował prof. Campbell te plemiona, które obficie korzystały z pomocy żywnościowej USA, w ciągu stosunkowo krótkiego okresu czasu zaczynały tyć i chorować na schorzenia dotąd im zupełnie obce. Potwierdzają to również badania stwierdzające chociażby 4-krotnie wyższą zachorowalność na raka piersi w 3 pokoleniu wśród japońskich emigrantek do USA.

Wniosek nasuwa się sam – przejęcie zachodnich zwyczajów żywieniowych równoznacznych z dietą bogatą w tłuszcz, cukier, wysokoprzetworzone ziarna zbóż, czerwone mięso i produkty mleczne z wysoką zawartością tłuszczu znajduje swoje bezpośrednie odbicie w przejęciu również zachodnich schematów chorób dietozależnych: nowotworów, otyłości, cukrzycy, miażdżycy, nadciśnienia i przeszło 80 innych. Tezę tę od innej strony potwierdzają obserwacje epidemiologiczne, które znalazłam na stronie fundacji WIEMY CO JEMY. Wykazały one, że dieta narodów długowiecznych oparta jest na nisko przetworzonych produktach roślinnych, choć niekoniecznie jest to dieta wegetariańska. Podstawą są cztery grupy pokarmowe: warzywa, owoce, rośliny strączkowe i pełne ziarna zbóż. To nie ma niestety nic wspólnego z produktami, które możemy znaleźć na półkach hipermarketów ? popularne płatki śniadaniowe to po prostu lepik na muchy, a cukier dodaje się już do herbatek i kaszek dla niemowląt. Wszystko ma oczywiście pozytywną opinię wielu instytutów. No tak, spożycie sporadyczne na pewno nie doprowadzi do zatrucia niemowlaka w potocznym tego słowa rozumieniu, ale już używanie w codziennej diecie tak – doprowadzi do powolnego, na początku wręcz niezauważalnego, zatruwania całego organizmu.

No to krótki look na nasze lodówki i szafki kuchenne. Czytamy skład (tu zazwyczaj przy nazwach połowy składników można połamać sobie narząd mowy) i wywalamy na dzień dobry wszystko, co ma cukier (uwaga: dodawany jest w ponad 50!!! postaciach) i chemię: słodkie serki homogenizowane jogurty wieloowocowe (do naturalnego dodać zmiksowne owoce, a kupny wywalić) płatki śniadaniowe, też te fitness (proponuję poczytać skład) margaryny (jak wyżej, to że reklamuje ją superniania nie zmienia niestety jej składu) wędliny (chyba że mają sensowny skład, to zostawiamy) parówki (jak wyżej) herbatniki, batoniki, cukierki krakersy, słone paluszki,chipsy (one też mają cukier:-) czekolady nadziewane i mleczne (zostawiamy gorzką) dżemy wysokosłodzone drożdżówki czerwone mięso mleko w czystej postaci (kefiry, jogurty normalne ? zostawiamy pod warunkiem braku uczulenia na laktozę) I od razu lżej-) A jak ktoś nie potrafi tak od razu wszystkiego wyrzucić?

Tu przychodzi na odsiecz filozofia kaizen. Robert Maurer w swojej bestsellerowej książce “Filozofia kaizen. Jak jeden krok może zmienić Twoje życie” proponuje, aby przez miesiąc z każdej tuczącej przekąski wyrzucać tylko jeden kęs. I to pierwszy kęs, bo z niego o wiele łatwiej zrezygnować, niż przykładowo z ostatniej kostki ulubionej czekolady. W następnym miesiącu wyrzucaj pierwszy i drugi kęs, w kolejnym pierwszy, drugi i trzeci. I tak dalej, aż do czasu odstawienia przekąski. A wtedy Maurer proponuje skoncentrować się na wolniejszym spożywaniu posiłków, czyli dokładnym przeżuwaniu każdego kęsa. Nie wiem, czy to na moją cierpliwość, ale na pewno warto spróbować. Czasami jednak jest tak, że wszystko wiemy, jeżeli chodzi o teorię jesteśmy prawdziwymi mistrzami, a i tak dalej zachowujemy się tak, jakbyśmy nie mieli zielonego pojęcia o zdrowym odżywianiu. Co wtedy? Warto prowadzić dziennik łakomczucha przez przynajmniej tydzień zapisując co dokładnie jedliśmy i o jakich porach. Wgląd bywa bolesny, ale zmuszający do myślenia. Dobrze jest też mieć uważność na samego siebie, kiedy jemy, bo jesteśmy głodni, a kiedy bo coś zajadamy. Kiedy ostatnio jedliśmy kierując się tylko poczuciem głodu? Bo czasem jedzenie jest zasłoną przed innymi ważnymi tematami w naszymi życiu, jest wyrazem głodu miłości, akceptacji, z nadwagi czerpiemy nieuświadomione korzyści. Brzmi może nie za mądrze, ale tak właśnie jest.

Dlatego też w procesie odchudzania ważna jest współpraca dietetyka z coachem/ psychologiem specjalizującym się w temacie zdrowego odżywiania. Wracając do samego jedzenia- wg. dr Lewitt cytowanej w ostatnich Wysokich Obcasach przeszło 80% dostępnej w sklepach żywności to jedzenie przetworzone, naszpikowane chemią, homogenizowane, pasteryzowane, ubogie w składniki odżywcze, za to reklamowane. Ja już mam odruch Pawłowa – jak widzę jedzenie reklamowane w telewizji, to wiem, że na pewno nie kupię. Kiedyś usłyszałam mądrą radę – wejdź do sklepu i kup tylko to, co znałaby twoja prababka. Jak się dobrze przyjrzałam, to stwierdziłam, że moja prababcia wchodząc do pierwszego lepszego supermarketu doznałaby oczopląsu i zapewne poza chlebem, warzywami, owocami i szynką zupełnie by nie wiedziała, co kupić. Naprawdę warto o tym pomyśleć, bo nawet wśród najbliższej rodziny czasem zdarza się pytanie, jaki związek ma jedzenie ze zdrowiem dzieci. I tu nowinka na skalę światową – jedzenie nie jest trawione poza organizmem, nie krąży wokół niego i nie żyjemy tylko miłością i dobrą energią.

No właśnie – to gdzie kupować jedzenie, żeby było zdrowe? Najlepiej na bazarach, bazarkach i targach od lokalnych dostawców. W Warszawie jest coraz więcej inicjatyw: targ w Fortecy Kręglickich w każdą środę, biobazar na Żelaznej, targ śniadaniowy na Żoliborzu. I na dobry koniec cytat ze strony FUNDACJI WIEMY CO JEMY: “to, co jemy, ma ogromny wpływ na nasze zdrowie. Nie przekonują mnie jednak plotki, reklamy i diety cud. Wybieram naukowo potwierdzone fakty.”

W artykule opierałam się na danych zaczerpniętych z poniższych źródeł, które swoją drogą polecam do wnikliwego przestudiowania-): Fundacja WIEMY CO JEMY https://www.facebook.com/WiemyCoJemy?fref=ts http://www.tcolincampbell.org/courses-resources/articles/ http://vimed.pl Bożena Kropka: “Pokonaj alergię”, Skoczów 2009 Michał Tombak: “Droga do zdrowia” Łodź 2001 Barbara Temelie, Beatrice Trebuth: “Gotowanie według Pięciu Przemian”